Prolog

Blondynka ziewnęła przeciągle i usiadła wygodnie na niebieskiej narzucie łóżka. Ściskając w dłoniach różowy zeszyt w linię, mruczała pod nosem wiązankę przekleństw. Wzięła głęboki wdech i poczuła ochotę przelania uczuć na kartkę. Czasem tak robiła.


Kochany Pamiętniczku!

 Czasem świat wali się na głowę. Próbujesz znaleźć iskierkę nadziei na lepsze jutro, ale nie potrafisz. Każdy zna to uczucie. Mi także nie jest obce. Hmn, zacznijmy od początku. Powinno zaczynać się zawsze od początku. Jestem Amber Maristella Fors. Lubie swoje pierwsze imię, choć drugie jest trochę .. No cóż, odziedziczyłam je po prababci ze strony ojca, była świetną czarodziejką, więc jestem dumna.Uczę się w  Domu Róży w Szkole Magii imienia Elizabeth Hahn na południu Anglii. Mam szesnaście lat na karku i całkiem udane życie. Przynajmniej zawsze tak sądziłam. Wiem, trochę dramatyzuję. Życie lubi stawać mnie w trudnych sytuacjach. Życie każdego lubi stawiać w trudnych sytuacjach.  Nie lubię opowiadać o tym co czuję, pokazywać swoje słabości, nie lubię wspominać złych chwil, ale to one wykształciły mi charakter. A lubię swój charakterek. Jedną z najbardziej bolesnych chwil była śmierć mojego ojca Steven'a. Był nie tylko moim tatą, ale także najlepszym przyjaciel. Podzielałam jego pasję. Na jego widok oczy mi się świeciły. Cieszyła mnie każda wspólna chwila. Zabił go. Zabił go jakiś plugawy śmierciożerca, a raczej były śmierciożerca. Miałam wówczas dwanaście lat i dorosłam szybciej niż bym chciała. Musiałam się otrząsnąć. Nie wiem czy mi się to udało. Jakie jest jeszcze moje życie? Nie wiem. Mam przyjaciółkę. Ruby Meadowes. Ruby jest w moim wieku, ale jest moim całkowitym przeciwieństwem. Ja jestem blondynką, ona szatynką, ja jestem niska, ona wysoka, ja mam niebieskie oczy - po ojcu, a ona - szare - po matce. Ja lubię spać, ona gra w Quiddith'a.  Znam ją od kiedy skończyłam siedem lat i trafiłam do szkoły. Zostałyśmy przydzielone do tego samego pokoju. I jak to dzieci zaprzyjaźniłyśmy się. Z Ruby ciężko się nie zaprzyjaźnić. Osobiście wolę nazywać ją gazelą, kiedy jest na miotle poruszą się z taką precyzją i finezją, po za tym jak kiedyś byłyśmy na spacerze to przestraszyła się łani. Nie, ona nie jest strachliwa, po prostu jakoś tak jakoś wyszło. Wielu jej zazdrości, a mnie rozpiera duma. Razem jesteśmy najbardziej znane w szkole. Młodsze dziewczyny chcą nasze autografy, a starsze piorunują nas spojrzeniami. Zapomniałam wspomnieć, że chodzę do żeńskiej szkoły. Tak, jestem popularna. A dlaczego? Bo uwielbiam uprzykrzać życie mojej dyrce - Pani Susan Cheater. Wypudrowana, ubrana w fioletowy żakiecik zołza, która uwzięła się na mnie od pierwszej klasy.  Nie żebym się tym przejmowała. To mi wręcz pochlebia. Zagalopowałam się. Jak pisałam wyżej mam problem. Moja głupia matka Lisa dostała prace w Ministerstwie, z tego powodu przenoszę się. I ... zmieniam szkołę. Kurwa. Dama nie powinna przeklinać, ale ja nie jestem damą. Będę od września uczennicą Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Szczerze? Martwię się, ale nie boję. Jestem Amber Maristella Fors, córka aurora - ja nigdy się nie boję.


***

Dziewczyna opiera się o szary, drewniany stół i tupie głośno podeszwą lewego pantofla. Kobieta o brązowych, prostych włosach wzdycha z niecierpliwości. Lisa Fors ma czasem, a nawet często dość zachowania córki. A nie zawsze tak było. Kiedyś było inaczej. Potrafiły rozmawiać ze sobą o wszystkim, nie było między nimi tajemnic, a teraz? Niebo a ziemia, ogień a woda.
- Ja nie chcę. - marudzi Amber Fors, piorunując matkę zawistnym spojrzeniem.  Poprawia swoje długie włosy i gładzi materiał szarego swetra. 
- To nie zależy od ciebie, skarbie. - kobieta stara się nie reagować i być spokojna, jest przyzwyczajona do humorków córki.
- Nie możesz kierować moim życie! - nastolatka podnosi głos. 
- To tylko rok. Przeżyjesz. - czasem ciężko zachować spokój, zwłaszcza gdy tłumaczy się coś kilka razy. 
- Aż rok! Bo tobie się zachciało nowej pracy! Źle ci?! - blondynka wygraża palcem. Na matce nie robi to wrażenia.
- Nie przesadzaj. I już mówiłam, to nie nowa praca, a szkolenie roczne, które pozwala zwiększyć wydajność pracy. - Amber tylko głośno cmoka ze znużenia. Siada na krześle, opiera podbródek na dłoniach i uśmiecha się. Kobieta zna ten wyraz twarzy, jej córka czegoś chcę i pewnie to dostanie.
- Hmn, pod warunkiem. - mówi. Lisa wzdycha - wiedziałam - myśli.
- Jakim? - pyta brunetka, na co jej córka posyła słodki uśmiech. 
- Zawieziesz mnie po rozpoczęciu roku, no wiesz, nie mam zamiaru stać tam, jak głupia, z siedmiolatkami. - dziewczyna wyczekuję odpowiedzi. Kobieta znów ma za złe córce, że jej nie słuchała.
- Już ci mówiłam. W Hogwarcie do zaczynają naukę jedenastoletnie dzieci. Ale dobra, zawiozę cię. - Amber zawsze dostaję to co chcę. Nie ma sensu się jej przeciwstawiać.

***
Ruby Meadowes - jak dumnie to brzmi, prawda? Wysoka brunetka z hukiem otwiera drzwi pokoju Amber. Pomieszczenie  nie jest duże, ma jasnoczerwone ściany, drewnianą podłogę i duże okno z widokiem na las i jezioro.  Stoi tam tylko kilka mebli ; fotel, łóżko, duża szafa, biurko i krzesło. Blondynka jest lekko zdezorientowana tą wizytą, ale po chwili wstaję i z uśmiechem podchodzi do przyjaciółki. 
- Cześć, co tu robisz? - pyta Amber wciąż przytulona do dziewczyny. 
- Jak to co? Bejbe, ja tu jestem bo wyjeżdżasz. Tak w ogóle to dlaczego do mnie nie przyszłaś? - Ruby patrzy podejrzliwie na dziewczynę. Brunetka ma bardzo piękne oczy, takie szare, ale w nich zawsze goszczą złote iskierki. Ponad to jej oczy są naprawdę duże, ma gęste rzęsy i często mini trzepoczę. Nawet nie zdaję sobie sprawy jaka jest piękna.
- Nie mogłam. Wiesz jak jest. - wzdycha Blondyna.
- Znów się kłóciłaś z mamą, Amber, prosiłam, żebyś tego nie robiła. - przerywa i karci ją wzrokiem. - To prawda z Hogwartem?- pyta, a blondynka tylko kiwa głową. Ruby nie liczyła na płacz czy podobne reakcję. Wie, że Amber nie płaczę od czterech lat i ponad to uważa, że płacz niszczy skórę. 
- To smutne, to nasz przed ostatni rok. Ale wrócisz na ostatni? -  siada na obrotowym, niebieskim fotelu w rogu pokoju. Zakłada nogę na nogę, jak ma zwyczaju.
- No jasne. Gazela, to tylko rok. Wrócę i wszystko będzie takie jak dawniej. - zarzeka się dziewczyna, choć brunetka ma ku temu wątpliwości.
- Mam nadzieję. - szepczę Meadowes. - A będą jacyś fajni chłopcy?
- Pewnie tak. - uśmiecha się Amber i mruga porozumiewawczo.
- Zazdroszczę ci. - dziewczyna przewraca teatralnie oczami i wzdycha. 
- Pomożesz mi się spakować? - brunetka kiwa głową i podchodzi do szafy.
- Co mam wziąć? - wzdycha Fors.
- Coś obcisłego. - dziewczyny wybuchają śmiechem. 

***
Ruda. Tak na nią mówią, choć prawie każdy w jej rodzinie jest rudy. Jakimś cudem to właśnie jej trafiło się to przezwisko. Ona ma zaszczyt być Weasley'ówną. Dziewczyna, która przeciera niebieską szmatką swoją najukochańszą miotłę ma na imię Dominique. Co kocha? Rodzinę, przyjaciół i Quidditch. O tak, wolność. To właśnie czuję, gdy lata na miotle. Nie może doczekać się meczów z innymi domami. Kocha swoją rodzinę, więc nie narzekała za bardzo, gdy to James został kapitanem. Po za tym zdarza się, że Ruda go zastępuję, gdy chłopak ma kaca. Dziewczyna podnosi głowę i patrzy przez okno. Jasne, błękitne niebo - jak miło na to spoglądać. Cisza. Koniec ciszy.
- Louis! Ty palancie! - krzyk Victoire niesie się echem po plaży. Dominique wybiega z pokoju. To jedna z niewielu osób, które bronią Louisa lub mają na niego działanie uspakajające. Wbrew wielu rzeczom Louis kocha Dominique i słucha jej rad. Jasne światło słoneczne razi Rudą w oczy, dopiero po kilki sekundach zauważa piękną, starszą siostrę uderzającą chłopaka po głowię. Biegnie w ich stronę.
- Co się stało? - pyta odciągając blondynkę.
- Jak to co?! On rzucił Francine! Bez powodu! - krzyczy. 
- Co? - Dominique podnosi głos. - Louis to prawda? 
- Tak, miałem powód. - wzrusza ramionami chłopak i poprawia swoją blond grzywkę - to jego nawyk.
- Niby jaki, dupku? - warczy Vicki.  
- Bo ona ścięła włosy. - mówi wykrzywiając usta w grymas.
- Podcięła końcówki idioto! -  mówi blondynka piorunując go spojrzeniem.
- CISZA! - krzyczy Dominique. - Na serio z nią zerwałeś?
Chłopak kiwa głową. Ruda wzdycha. Chce coś powiedzieć, ale ubiega ją Victoire.
- A mówiłam jej - on nie jest dla ciebie, to dupek. Ona nie słuchała! Ona cię kochała Louis! A ty zrobiłeś to co zawsze! Wykorzystałeś ją! - dłonie dziewczyny drżą. Jest wściekła na brata - nie pierwszy raz. 
- Ona wcale  nie była dziewicą! - wrzeszczy chłopak. To zdanie przechyla szale. Nim Ruda zdążyła zareagować jej siostra rzuciła się na blondyna. Przygwoździła go do ziemi, aż zaczął dławić się piaskiem. Chłopak piszczał coś i próbował się wyrwać, ale o dziwo Victoire była silniejsza. Dominique nie wiedziała co zrobić. Zbyt często stawała między rodzeństwem, a wcale tego nie chce, więc tylko stoi i patrzy. Piękne dziś niebo. 

***
Będzie dobrze Alice - dziewczyna powtarza sobie te zdanie wciąż w myślach. Będzie dobrze. Głęboki wdech. W tym roku się odważę. Powiem co do niego czuję. Wydech. Będzie dobrze. Tyle miesięcy, dokładnie trzy lata od kiedy spojrzała na niego w inny sposób. Dokładnie pamięta ten moment. Było to wtedy, gdy płakała. Bardzo płakała. Siedziała sama na zimnej podłodze po ciszy nocnej i nie miała zamiaru iść do dormitorium. Zauważył ją i spytał co się stało. Tak ładnie się wtedy uśmiechał, nie tak jak zawsze - dumnie i chłodno, wręcz złośliwie tylko przyjacielsko i ciepło. Alice też się uśmiechnęła przez łzy i powiedziała, skąd powód płaczu. Jej mama chorowała i wciąż często choruję. To wina słabej odporności i kilku niebezpiecznych ukąszeń jadowitych roślin. Luna często podróżowała w poszukiwaniu nieznanych gatunków, nie zawsze kończyło się to dobrze. Będzie dobrze. Kolejny wdech. Wydech. Przeczesuję palcami długie, ciemne włosy i opiera głowę o pomarańczową ścianę. Do pokoju wchodzi przystojny chłopak z idealnie ułożonymi na żel włosami. Uśmiecha się chłodno i siada na drewnianym krześle naprzeciwko siostry.
- Co ci? - burczy, a dziewczyna przygotowana na lawinę kąśliwych uwag zaczyna stukać palcami o blat dzielącego ich stołu.
- A co ma być? - Alice zdycha, czasem patrząc na swojego nierozumnego brata zastanawia się, jak mógł on trafić do Ravenclawu. Choć trzeba przyznać, chłopak jest mądry tylko nic nie wie o uczuciach. Empatia jest mu obca.
- Nie wiem. Chora jesteś? - pyta bez troski w głosie, jego ton jest bardziej rzeczowy, jak zawsze z resztą.
- Lorcan! Alice! - męski głos niesie się przez wąski korytarzyk dzielący salon i kuchnie, w której nastolatkowie się znajdują. 
- Tak tato? - pyta dziewczyna.
- Jedzie? Mama uciecze się na wasz widok. - mówi, Lorcan wstaję i wychodzi szybkim krokiem nie czekając na siostrę. 

***
Idiota. Palant. Debil. I jeszcze kilka innych przymiotników precyzyjnie opisujących brata Lily - Jamesa, dziewczyna wykrzykuję w prosto w jego twarz.
- Nie drżyj mordy. - wzrusza ramionami bardzo przystojny, brązowooki chłopak.
- Zabrałeś. Zabrałeś moją miotłę! - jego siostra o rudych, prostych włosach piorunuję go spojrzeniem. 
- Spadaj. - James wychodzi z salonu i zatrzaskuję drzwi od swojego pokoju. Czternastolatka głośno tupiąc nogą o podłogę klnie w myślach. Ma go dość. Dość tego zadufania i samolubstwa. Pieprzony narcyz. Kiedyś los go pokaże. Dziewczyna ma nadzieję, że wkrótce.

***
Rose siedziała na drewnianym parapecie okna w salonie. Myślała o wiele sprawach, ale na pewno nie o nauce. Kochała się uczyć, wpajano jej, że to bardzo ważne od zawsze. Wiele słyszał o przygodach rodziców i intelekcie matki. Pragnęła się uczyć, więc zdziwiła się, kiedy jako jedenastoletnia dziewczynka trafiła do Gryffindoru. Oczywiście to był zaszczyt i wciąż jest. Jednakże nie spodziewała się tego, skrycie myślała o niebieskich krawatach i Ravenclawie. Do dziś żałuje, że nie zapytała się Tiary Przydziału, dlaczego tak zdecydowała.
- Rosie, wszystko dobrze? - szczupła kobieta o burzy brązowych loków, teraz upiętych w elegancki kok przypatruję się córce.
- Tak, mamo. - szepcze rudowłosa i uśmiecha się blado. Lubi swój kolor włosów choć marzy, o tym aby jej włosy miały bardziej brązowy odcień.
- Wiesz skarbie, niedługo szkoła, więc może przypomnisz sobie materiał? - pyta Hermiona. Rose już kilkanaście razy słyszała te pytanie i zna na pamięć odpowiedź.
- Jasne. - wstaję i powoli rusza ku swojemu pokojowi. Nagle z hukiem otwierają się drzwi frontowe i do pokoju wchodzi rudowłosy, wysoki mężczyzna   i chłopak, oboje niosą duże pakunki z zakupami.
- Naleśniki! Będą naleśniki! - krzyczy Ron Weasley.
- Nie ma mowy! - Hermiona podnosi głos i mruży gniewnie oczy.
- Dlaczego?! - tata Rose kładzie torby na blat stołu i daje kuksańca synowi.
- Bo ostatnio prawie spaliłeś kuchnie! Jak można zapomnieć zaklęcie gaszącego! - pani Weasley opiera dłoń na biodrze i marszczy brwi.
- To Hugo! - oburza się Ronald. Chłopak zamachuje się, by oddać kuksańca, ale niechcący potrąca ukochany wazon mamy. Trzeci raz w tym miesiącu. Rose obserwuję wszystko w bezpiecznej odległości i myśli, a nawet jest pewna, że Hugon to młodsza wersja jej taty.

***
- Co robisz Mel? - pyta starszą siostrę Iris. Melanie wzrusza ramionami i dalej kontynuuję rysowanie. Bardzo lubi to robić, zwłaszcza ołówkiem. 
- Rysuję, młoda. - uśmiecha się ciepło do małej brunetki.
- Narysujesz mnie kiedyś? - młodsza Nott'ówna przygryza wargę z nadzieją.
- Przecież już kilka razy to robiłam. - wzdycha Mel i poprawie wysoki, blond kok. 
- Wiem. - mówi Iris, kiedy do pokoju wchodzi mały skrzat ubrana w coś suknio podobne koloru brazowego. Ma duże blado szare oczy, gęste rzęsy, duże odstające uszy i drobny nos. Można by powiedzieć, że stworek jest nawet urodziwy.
- Witam Różusiu. - brunetka uśmiecha się szeroko do skrzata, który skina głową na jej powitanie.
- Panno Melanie ma gościa. - oznajmia Różusia.
- Kogo? - pyta trochę zaciekawiona blondynka, nie odrywając wzroku od rysunku.
- Młodego panicza Malfoya. - powiedziała cicho, po czym wyszła ukłoniwszy się szybko.
- Na Merlina! Po co mi on tu?! - mruczy pod nosem rozdrażniona dziewczyna.
- Przecież się przyjaźnicie. - Iris naprawdę nie rozumie tej znajomości, raz się kłócą a innym razem jedno z nich ryzykuję by pomóc drugiemu. 
- Taa. - Melanie wstaję, przechodzi przed salon, korytarz i otwiera ogromne, drewniane drzwi. Szesnastolatek stojący na progu gniewnie stuka nogą o ścianę, nigdy nie należał do osób cierpliwych, nawet przez chwilę nie może poczekać. Chłopak poprawie obcisły, ciemnozielony sweter i cmoka głośno. Kuca na jedno kolano i zaczyna wymachiwać dłońmi.
- O ma piękna dziewico! Raczyłaś mnie wpuścić! Jam ci dłużnikiem! - Iris stojąca za plecami siostry parsknęła śmiechem, a Mel tylko uśmiechnęła się delikatnie.
- Score mój księciu, jam twa dama, twa dziewica czysta! - uśmiecha się szerzej. Chłopak wstaję szybko i wchodzi do domu rodziny Nott, jak do własnego. Bądź co bądź bywa tu często. Siada na zielonej sofie w salonie i obrzuca wszystkich uśmiechem. 
- Masz na zbyciu whisky? - pyta.
- Jasne, dla mego księcia zawsze. - blondynka puszcza mu oczko po czym wychodzi do kuchni.

_______________________________________________________
Okey, prolog jest. Trochę do prologu nie podobny, ale zawsze coś. c :
Przepraszam za błędy, śpieszyłam się trochę.
Komentujcie! Zachęcam. ; )


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

3. " A to chujki. "